Nazywam się Aleksandra Galiszkiewicz, z zawodu jestem kosmetologiem, a z zamiłowania tłumaczę, że kolory nie istnieją.
Tym właśnie zajmuję się od lat: rozkładam analizę kolorystyczną na zjawiska fizyczne i biologiczne, z których rzeczywiście się składa. Zamiast uczyć gotowych charakterystyk typów, zaglądam do optyki, biologii pigmentacji, fizjologii widzenia, antropologii i nauki o barwie. Interesuje mnie nie tylko to, jaki kolor działa, ale przede wszystkim — dlaczego.
Im dłużej zajmuję się analizą kolorystyczną, tym mniej interesują mnie sztywne systemy, sezonowe stereotypy i listy kolorów przypisanych człowiekowi raz na zawsze. Fenotyp człowieka jest znacznie ciekawszy. Dlatego w swojej pracy uczę patrzeć na kolor przez jego rzeczywiste właściwości: barwę, jasność i nasycenie, obserwować cechy własnego fenotypu i rozumieć zależności między nimi.
Bo analiza kolorystyczna nie powinna uzależniać od analityczki. Powinna dawać narzędzia, dzięki którym z czasem przestajecie jej potrzebować.
Uwielbiam obserwować, jak samozwańcze „colorblindsy” zamieniają się w pewne siebie, świadome jednostki barwne, które same znajdują świetne rzeczy, rozpoznają swoje kolory i jeszcze przysyłają mi trafione zakupowe odkrycia. To właśnie wtedy wiem, że analiza zrobiła swoją robotę.
Dlatego tworzę różne narzędzia do pracy z kolorem. Prowadzę stacjonarne analizy kolorystyczne, podczas których nie tylko określam kierunki kolorystyczne, ale uczę samodzielnego podejmowania decyzji. Tworzę próbniki barw, które pozwalają zabrać tę wiedzę ze sobą na zakupy, oraz e-booki zakupowe, w których wykonuję część poszukiwań za was — wybierając ubrania, dodatki i materiały warte uwagi.
Prowadzę również szkolenia „Biologiczne i fizyczne podstawy analizy kolorystycznej człowieka” dla osób, które chcą wejść znacznie głębiej: zrozumieć fizykę koloru, pigmentację, percepcję, fenotyp człowieka i metodologię analizy zamiast uczyć się kolejnego zestawu reguł.
Wszystkie te rzeczy łączy jedna zasada: wiedza ma zwiększać samodzielność, a nie tworzyć kolejne ograniczenia.
A ja nadal siedzę po uszy w melaninach, czopkach, widmach, tęczówkach i kolorach, które — przypominam — technicznie rzecz biorąc nie istnieją.