Książka jest bezczelna formalnie i światopoglądowo. Operuje skrótem, kontrastem, brutalnym konkretem. Tam, gdzie religia lubi patos, Krzemień daje prozę życia. Tam, gdzie religia mówi „tajemnica”, on pokazuje interes. Tam, gdzie religia mówi „łaska”, on pyta o ciało, zgodę, władzę i konsekwencje. Tam, gdzie religia mówi „zbawienie”, on sprawdza, kto za tę narrację zapłacił.
Kiedy opowieść o Jezusie zostaje przeniesiona z ołtarza do kuchni, z ikony do lokalnego układu, z Ewangelii do społecznej praktyki, nagle traci swoją boską odporność. Zaczyna wyglądać jak historia ludzi. A ludzie w tej historii nie wypadają najlepiej. Cóż za zaskoczenie. Ludzkość znowu nie dowiozła, i ktoś powinien wreszcie zażądać reklamacji. I to właśnie chyba robi autor.
Powieść jest nie tylko satyrą na chrześcijaństwo. Jest satyrą na cały mechanizm ludzkiego ulegania opowieściom. Na to nasze cudowne, żałosne, stadne pragnienie, żeby ktoś przyszedł, nazwał przemoc sensem, a potem jeszcze sprzedał nam świeczkę w sklepiku.
Najpierw jest ciało. Bardzo młode. Oczywiście nie nazwane ciałem, bo święte historie bardzo nie lubią ciała. Zwłaszcza w tym wieku. Więc ciało trzeba przykryć. Łaską. Planem. Tajemnicą. Jakimś wielkim słowem, najlepiej takim, po którym wszyscy robią poważne miny i nikt już nie pyta, kto komu wszedł do sypialni i po co.
Długość: 7 godzin i 30 minut.
Wysłuchaj jak wybrzmiewa: