Większość moich rówieśników dopiero zastanawiała się, co zrobić z życiem, a ja już wyciskałem na klatę 150 kg i budowałem coś o wiele cięższego – samego siebie.
Zaczęło się na siłowni. Nie od wielkich marzeń, tylko od prostego „nie chcę siedzieć bezczynnie”. Pierwszy raz ledwo stówkę podniosłem, a tata spojrzał na mnie i powiedział spokojnie: „Twój samolot jest jeszcze w konstrukcji”. Nie do końca wtedy zrozumiałem, ale te słowa wryły mi się w pamięć. Wracały za każdym razem, gdy dodawałem kilogramy, gdy wstawałem o piątej rano, gdy rezygnowałem z imprez, bo wiedziałem, że czas to najcenniejsza rzecz, jaką mam.
Z miesiąca na miesiąc mój samolot nabierał kształtów. Skrzydła rosły z dyscypliny, kadłub z wiary, silnik z wizji, które widziałem coraz wyraźniej. Tata dopowiadał do tej historii: „Inni nawet nie mają planów na swój samolot. A u Ciebie już widać kokpit”. Śmiałem się, ale czułem, że to prawda. Oni żyli dniem, ja budowałem coś, co miało mnie wynieść ponad codzienność.
Pewnego dnia usiadłem i napisałem książkę. Nie grubą, pełną lania wody – tylko 25 stron czystej esencji. W 24 godziny spisałem wszystko, co odkryłem: jak pokonać siebie, jak odczytywać znaki od Boga, jak zamienić grzechy w lekcje, jak stres zrobić paliwem, a porażki w sprzymierzeńców. Nazwałem ją „Z Bogiem nie przegrasz”. Wrzuciłem do sieci za 27 zł i patrzyłem, jak ludzie zaczynają czytać, zmieniać się, pisać do mnie: „Ruszyłem z tym, co odkładałem latami”.
Moje wizje stawały się coraz śmielsze. Widziałem siebie w królestwie, które buduję – z milionami na koncie, z autami, które nie są celem, tylko narzędziem. Widziałem tłumy, które chcą wsiąść do mojego samolotu. Ale widziałem też swoją śmierć – spokojną, na własnych warunkach, po życiu przeżytym na maksimum. To nie przerażało, tylko przypominało: wszystko ma sens, wszystko jest po coś.
W styczniu 2026 roku tata spojrzał na mnie i powiedział: „Twój samolot jest zatankowany. Ma już zarejestrowane pierwsze loty. Ludzie chcą na niego wsiadać, ale jeszcze nie odbył pierwszego startu. Czeka na pasie”.
Uśmiechnąłem się. Wiedziałem, że ten start jest blisko. Wiedziałem też, że kiedy w końcu ruszy, nie będę już lądował na starym lotnisku.
Bo z Bogiem naprawdę nie przegrywa się nigdy.
A to dopiero początek mojej historii.